Dwa lata temu dowiedziałem się, nie wiem od kogo, o EDK na Hel. Rok wcześniej dowiedziałem się, że ktoś mnie nienawidził przez ponad 40 lat. Chociaż ja w tamtej sprawie uważałem się za skrzywdzonego, to jednak o nienawiści mowy nie było.

Z kilkuletniego uczestnictwa we wspólnocie Marana-Tha, częstych rekolekcji, dobrze wiedziałem, jak zgubna dla duszy jest nienawiść. Ponieważ nie miałem możliwości poproszenia tej osoby o wybaczenie, Pani Jasnogórska wezwała mnie do siebie do Częstochowy.

Mówię, wezwała, bo nie miałem  pojęcia jak po ludzku naprawić prawdziwą czy urojoną krzywdę drugiej osobie sprzed wielu lat i jeszcze, gdy ta osoba nie jest zainteresowana żadną rozmową?

Kupiłem odpowiednie buty, kijki, plecak i poszedłem. To niby proste, ale ja większość życia spędziłem, siedząc w kabinie ciężarówki, więc 540 kilometrów na piechotę nie było błahostką. Dlatego właśnie uważam, że Pani Jasnogórska mnie wezwała, ale i zatroszczyła się o mnie. Doszedłem, zawierzyłem wszystkie dziękczynienia, intencje i błagania. Był też po drodze post, 2 dni w tygodniu dla podkreślenia jak bardzo ważne są to intencje. Jakoś jednak nie do końca byłem przekonany, że to wystarczy.

I tak dwa lata temu trafiłem na EDK. Z Matemblewa miałem bliżej i droga była dłuższa, ale w głowie utkwiła mi Jastrzębia Góra. Atmosfera przed Mszą Świętą, liczba uczestników, a zwłaszcza młodzieży i przystępujących do Komunii Św. bardzo mnie poruszyła i zbudowała.

Dużo niosłem przeprosin, skruchy i próśb i intencji. Prawdziwy sens tej Drogi Krzyżowej zaczął do mnie docierać w połowie podejścia pod górę do pierwszej Stacji. Na górze myślałem, że "zejdę" na zawał. To było pierwsze uświadomienie sobie, jak niewiele znaczę, licząc tylko na własne siły.

W życiu codziennym bardzo często można sobie z czymś poradzić, zwłaszcza gdy uruchomimy swoje "genialne myślenie". Szuka się jakiegoś wyjścia, a tu przed Chłapowem, w nocy, w trakcie modlitwy, z obrazem cierpiącego Boga Człowieka wszystko widzi się w zupełnie innym świetle.

Nabrałem wody i piasku przez nieodpowiednie buty. W Jastarni dopiero wytrzepałem z jedynych skarpetek piasek i pierwszą skórę ze stóp.

Do ostatniej Stacji, doprowadził mnie pod rękę, mój sprawdzony przyjaciel Anioł Stóż. Nie miałem najmniejszej wątpliwości, dzięki komu mogłem u stóp Krzyża złożyć wszystkie swoje sprawy.

W kolejnym roku miałem dobre buty, nie szarżowałem, ale plecy pokazały mi, gdzie jest moje miejsce i możliwości, I znowu mój Anioł Stóż, sprawdził się i tym razem. Przypomniał mi, z jakimi sprawami i intencjami szedłem, za co musiałem przepraszać i błagać. Chyba w końcu uwolniłem się od szemrania i wypominania w myślach innym przewinień względem mnie. Pan Jezus bity i upokarzany prawdziwie kochał swoich prześladowców, prosząc Boga Ojca o darowanie im win, a ja mam pokochać tylko swoją słabość, co ukradkiem odsuwała  Hel od Juraty.

Wielką motywacją były intencje, z którymi szedłem. To wielka siła. Myślałem o rodzinie, o niechętnych mi ludziach, o wspaniałych księżach z mojej parafii Chwaszczyńskiej, o wszystkich księżach, katechetach i nauczycielach, których spotkałem w ciągu swoich prawie 72 lat, o ludziach z zaprzyjaźnionych zakładów pracy.

Chyba te doniesione intencje sprawiły mi wielką radość po wyjściu z kościoła w Helu, uśmiechnięte Panie na terenie szkoły i stołówki i informacja od organizatora p. Jakuba, że ktoś zgłosił pozostawione przeze mnie na przystanku kijki.

Niby nic wielkiego, żaden koszt, ale okazana przez znalazcę troska była dla mnie "kropką nad i".

Chwała Panu

Aleksander